La Junta
- Mruknąłem, różność Karola była uzasadniona, więc wyprowadzałem wierzchowca ze stajni. Opuściliśmy gościnny farmerski dom, który zbiegiem liczności okazał się dla nas tak niegościnny, i zagłębiony w mrok nocy. Marna to była jazda, raczej - włóczęga, bo chociaż rzucał nieco światła na ziemię, roztropność radziła ograniczenie szybkości. Wróg każdego jeźdźca- piesek preriowy - kopał swe nory w najróżniejszych stronach tego kraju. Stanowiły one pułapkę U końskich nóg. Powolna wędrówka przeciągnęła się do drugiej nad ranem. Dopiero wówczas Karol zgodził się na postój na skrawku lądu oblewanego z trzech stron przez wody Arkansasu. Kiepski to był postój, kiepskie obozowisko, bo mój towarzysz nie zgodził się na rozpalenie ogniska, a od rzeki dmuchało wilgocią i chłodem. Z trudem doczekałem świtu i pierwszych blasków zorzy. Do La Junta dotarliśmy dosyć późno, bo nad wieczorem. Nie będę opisywał miasteczka o zabudowie typowej dla wszystkich osiedli miejskich Dalekiego Zachodu. Jednakowe domy, jednakowe ulice.
La Junta .